Obtained permanent self sustaining mode with production of strong excess of electricity, generating more excess of electricity than of heat.
It is a revolution."
Skopiowane z:
https://www.gosc.pl/doc/5981107.Nobel-dla-Tokarczuk
...
Opowiadania i powieści noblistki to ciekawa, wciągająca proza. Olga Tokarczuk to wielki literacki talent: warsztat, wyobraźnia, inteligencja, celność i świeżość frazy. A jednak jest w tych książkach coś, co każe mi – chrześcijaninowi, księdzu katolickiemu, teologowi – napisać: nie ma zgody. Na co? Na powrót do pogaństwa. Na cofnięcie się do czasów przed-Chrystusowych, na wymazanie 1053 lat ochrzczonego życia mojej ojczyzny. Jej niepodległej – diabłu, okupantom, kłamstwu, grzechowi, niewoli, wszelakiemu złu Polaków i nie-Polaków – wolności w Chrystusie. A twórczość Tokarczuk to w warstwie ideowej apoteoza neopogaństwa – fascynacja mitami, astrologią, ezoteryką, zdolnościami parapsychologicznymi, wizją politeistyczną, przedchrześcijańską właśnie, poddaną rytmom księżyca i krwi, magii, wizją „naturalnie” pogańską. Wracają bogowie. A z nimi ciemność i przerażenie. Oręż w rękach wielu w walce z kościelną wiarą w Chrystusa. Wiem, co piszę: czytam i oglądam, widzę i słyszę, czuję i myślę.
Benedykt XVI przypominał, że narodowy socjalizm był cofnięciem się przed czasy judeochrześcijańskiego „wyalienowania” do „piękna” pogańskiej, germańskiej „dzikości”, kultury „prawdziwej”, nieżydowskiej. I że marksizm był cofnięciem się przed czasy chrześcijańskiego „wyalienowania” do żydowskiej nauki o nadziei (Mesjaszu), ale fałszywie rozumianej, czyli do jej ateistycznej wydmuszki, z której wyjęto Boga, a w Jego miejsce włożono oświeceniowy rozum (bożka nauki) totalnie wyobcowany z wszelkich metafizycznych powiązań. Jan Paweł II czterdzieści lat temu wołał: „Kościół przyniósł Polsce Chrystusa – to znaczy klucz do zrozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. Czy można odepchnąć to wszystko? Czy można powiedzieć »nie«? Czy można odrzucić Chrystusa i wszystko to, co On wniósł w dzieje człowieka? Oczywiście, że można. Człowiek jest wolny. Człowiek może powiedzieć Bogu nie. Człowiek może powiedzieć Chrystusowi: nie. Ale – pytanie zasadnicze: czy wolno? I w imię czego »wolno«? Jaki argument rozumu, jaką wartość woli i serca można przedłożyć sobie samemu i bliźnim, i rodakom, i Narodowi, ażeby odrzucić, ażeby powiedzieć »nie« temu, czym wszyscy żyliśmy przez tysiąc lat?”.
W imię czego? W imię oszalałej ekologii (jak w filmie „Pokot” według scenariusza Tokarczuk)? W imię magii, Junga? W imię (post)modernistycznego cofnięcia się przed czasy chrześcijańskiego „wyalienowania”? Patronem mojej ojczyzny jest święty Wojciech, zabity 1020 lat temu podczas ewangelizacji pogan. To jest główny nurt naszych dziejów: chcieć Chrystusa i głosić Go nawet za cenę męczeństwa. Czy można odepchnąć i odrzucić to wszystko? Dlatego mocne „tak” dla świetnej współczesnej literatury i mocne „nie” dla obecnej w niej pochwały pogaństwa. Pamiętając, że świetność może być zwodnicza.
Trzydzieści lat temu, u początków mojego pisania, przeczuwałem, co jest istotą owej transakcji, co przydarzyło się Faustowi i Twardowskiemu, co znaczy ten deal. Fragment z wiersza dedykowanego wtedy samemu sobie: „jeśli piszesz/ nie wyprowadzaj zdań ze swojej ciemności/ demony bywają hojne i za wierną służbę płacą nierzadko fontanną złocistego słowa/ choćby rzędy liter mieniły się od znaczeń i pociągały umysł genialnością uchwycenia istoty rzeczy/ nie wierz, zniszcz i zawróć/ nawet za cenę bełkotu czy skrwawionego milczenia”.
Zamrożone niemowlę
Trauma - brak odpowiedzi na wołanie o miłość, świat nie jest bezpiecznym miejscem.
Problem: powstaje przed wykształceniem mowy.
Rozwiązanie
Chrześcijański Bóg bezwarunkowo kochający i błogosławiący swoje dzieci.
Uwaga: religie chrześcijańskie, w związku ze społeczną funkcją wspierania władzy, mają duży potencjał retraumatyzacji.
Albo: Gra w życie
Zaczynamy naszą podróż od wielkiego JA. To ja przesłania cały świat. Powoli uczymy się kochać samych siebie, aż do momentu kiedy odkrywamy, że kochanie siebie wymaga również kochania innych.
Zaczynamy wtedy postrzegać innych jako naszych bliźnich, dbać o nich i się na nich zawodzić. Poszukujemy sposobów, w jaki najlepiej możnaby dbać o nich i odkrywamy następny poziom - struktury ludzkiej społeczności: rody, partie, religie, państwa.
Oddajemy wielką ilość naszej energii życia na budowanie jak najlepszej struktury społecznej, takiej która zapewni, że ludzie będą się nawzajem kochać. Trwa to, aż do momentu kiedy odkrywamy, że miłości nie da się zadekretować. Poszukujemy najlepszych metod rozwoju organizacji grup ludzkich. Przy okazji pojawiają się religia. Początkowo tylko jako narzędzie władzy i kontroli, ale później również jako źródło system wartości.
Doznajemy zawodów ludzkimi organizacjami i odkrywamy, że stałość pozostaje w Bogu. Relacja miłości trwała jest tylko w jego kontekście i skierowana do niego. Stajemy się przewodnikiem dla ludzi ku Bogu. Na tym etapie niezbędne jest wypracowanie całościowego obrazu świata i zaakceptowanie faktu, że ponieważ bazuje na założeniach, musi posiadać niespójności.
Opis tego procesu od zawsze mamy w kulturze, np. w pięknych baśniach "O Sobotniej górze" czy "Woda żywa" - w wersjach słowiańskich :)